Głośny sygnał budzika wyrwał mnie z cudownego snu. Dziś poniedziałek, początek tygodnia. Przetarłam sennie oczy, odgarnęłam włosy i spojrzałam na zegarek. Była godzina 7:00 rano.
Po 20 minutach byłam już w autobusie. Skasowałam bilet, i schowałam go do kieszeni kurtki. Rozplątałam słuchawki, podpięłam do telefonu i włączyłam moją ulubioną piosenkę, ''Paradise". Czemu akurat tę? Otóż datego, że zawsze gdy jej słuchałam to ułatwiała mi przemyślenie wielu rzeczy. Była to moja ulubiona piosenka, myślałam, że to nigdy się nie zmieni.
~*~
Po odnalezieniu wreszcie sali w której miałam mieć lekcje, weszłam do niej. Wszystkie oczy zwróciły się w moim kierunku. No tak. Jestem nowa.
Przepisałam się do tej szkoły ze względu na przeprowadzkę tutaj, do Bostonu. Rodzice mieli tu nowe siedziby pracy, więc zmiana miejsca zamieszkania była nieunikniona, chociaż ja mogłam zostać w tamtym mieście, pewnie nawet by tego nie zauważyli...
Zajęłam miejsce w ostatniej ławce. Wyjęłam zeszyt i nie wahając się, zaczęłam w nim coś szkicować, pisać... Niezbyt przejmowałam się lekcją, chociaż uwielbiałam zajęcia artystyczne. Teraz moje myśli nie obejmowały tematu lekcji plastyki. Był 30 października, koncert mojego idola w Berlinie. Nie udało mi się zdobyć biletu, niestety, chociaż bardzo tego chciałam.
- Panno Morgan, proszę zacząć pracę. - pani Bauer zwróciła mi uwagę. Spojrzałam na tablicę, na której był zapisany temat pracy. "Moje samopoczucie dzisiejszego dnia". Świetnie, cudowny tytuł pracy, zwłaszcza z powodu mojego humoru.
Znalazłam w piórniku odpowiedni ołówek i zabrałam się do pracy. Już po pierwszych kilku minutach widać było efekty mojej pracy. Szkicowałam las i płynącą rzekę. Niby nic takiego, a jednak. Po kilku sekundach namysłu dodałam stare, ogromne drzewo nad rzeką. Na drzewie była powieszona postać o długich włosach. Dziewczyna. Czy miałam na myśli siebie? Bardzo możliwe...
Gdy oddawałam skończony już szkic, nauczycielka dziwnie na mnie spojrzała, z takim jakby smutkiem w oczach. Chciała mnie o coś zapytać, lecz na moje szczęście rozbrzmiał dzwonek na lekcje. Wyszłam z sali i podeszłam do swojej szkolnej szafki. Otworzyłam ją i wkładając książki do środka, zerknęłam na plan. Następną lekcją była chemia. Zaklęłam pod nosem. Nienawidziłam tego przedmiotu. Poszłam pod salę 105C. Na moje szczęście okazało się, że jest zastępstwo, mieliśmy mieć geografię.
Nauczycielka okazała się być bardzo kontaktową kobietą. Była również zszokowana moją wiedzą na temat Nowego Orleanu i Bostonu. Co ciekawsze, nie pochodziłam z Ameryki.
- Jak się czujesz w nowej szkole? - zapytała kobieta.
- Nie narzekam. Szkoła jest duża, muszę się przyzwyczaić, ale bardzo mi się tu podoba. Jest inna niż moja poprzednia...
- Co masz na myśli?
- W poprzedniej szkole byłam gnębiona i poniżana... - powiedziałam cicho.
- Tu nie spotka cię coś takiego, tu wszyscy trzymają się razem.
Uśmiechnęłam się tylko i zajęłam swoje miejsce. Po 5 minutach podszedł do mojej ławki wysoki, szczupły brunet o błękitnych oczach. Był niesamowicie przystojny. Miał na sobie rurki i koszulę w kratę.
- Cześć, mogę usiąść z tobą? - zapytał. Gdy kiwnęłam głową, położył plecak obok ławki i zajął miejsce obok mnie. - Jestem James.
- Alex Morgan - przedstawiłam się, nerwowo poprawiając koszulkę. Po chwili milczenia chłopak odezwał się.
- Mogę cię o coś zapytać?
- Jasne, pytaj. - wiedziałam już jakie zada mi pytanie. Widziałam przerażenie w jego oczach, gdy patrzył na moje blizny.
- Dlaczego to robisz? Dlaczego się tniesz? - nie odzywałam się przez chwilę. Z nikim nie rozmawiałam o moich ranach.
- To przez moją poprzednią szkołę - szepnęłam niepewnie - byłam upokarzana, wyśmiewana... I ... Prawie zostałam zgwałcona - ostatnie słowo wyszeptałam prawie niesłyszalnie.
- To straszne, Żadna dziewczyna nie zasługuje na coś takiego, zwłaszcza w twoim wieku. - był bardzo przejęty.
Uśmiechnęłam się nieznacznie. Był miły... Martwił się o mnie? Starał się, to było widać. Chciał złapać jakikolwiek kontakt. Udało mu się, przegadaliśmy wszystkie lekcje, tematy nam się nie kończyły.
- Odprowadzić cię do domu? - zapytał brunet.
- Będę zaszczycona.
- Chodźmy w takim razie...
- Poczekaj, wezmę kurtkę z szafki, bo mi zimno. - Podeszłam do swojej szafki, wzięłam ubranie, nałożyłam i poszłam z chłopakiem pod mój dom.
- Może wejdziesz? - zaproponowałam niepewnie.
- Nie chcę robić kłopotu, Alex..
- Nie robisz, rodziców i tak nie ma, często zapominają o mnie.
- No okej, zostanę na godzinkę - westchnął
- Tylko nie wystrasz się Max'a - powiedziałam, z rozbawieniem w głosie.
- Kogo?
- Mojego dobermana, ciotka mi go kupiła. Może lepiej go zamknę. poczekaj - weszłam do domu i zamknęłam psiaka w ogrodzie. James wszedł do przedpokoju, zdjęliśmy kurtki i buty.
Miałam dość spory dom, moi rodzice byli wysoko postawionymi ludźmi. Mama była vice szefową w reakcji magazynu "Elle". Ojciec podobno miał własną firmę, ja tam nic o niej nie wiedziałam, nawet mnie to nie interesowało, co on robi... W każdym bądź razie zarabiał pieniądze.
Poszliśmy do kuchni, zrobiłam nam drinki i poszliśmy do ogromnego salonu. W centrum stała duża ława, a wokół niej skórzane fotele i kanapa koloru ciemnej czekolady. Na podłodze prezentował się szary, włochaty dywan i ciemne panele. Mama uwielbiała długie zasłony, więc znalazły się one i w salonie. Ciepło w całym domu zapewniał kominek po prawej stronie pomieszczenia. Salon jest łączony z kuchnią, są przedzielone tylko małą wysepką, tak zwanym przeze mnie "domowym barem". Ogromny telewizor wisi na ścianie, naprzeciwko kanapy i foteli. Na kominkowej półce stały różne zdjęcia w ramkach, głównie rodzinne, z wycieczek po świecie.
Usiedliśmy z James'em na kanapie. Opowiedzieliśmy sobie wzajemnie o naszych rodzinach. Nie sądziłam, że będzie to trwało aż tak długo... Był u mnie do 21.
- Przyjść po ciebie jutro? - zapytał niebieskooki.
- Jeżeli byś chciał...
- Podaj mi swój numer, będę pisał - uśmiechnął się, wyciągając telefon. Zapisałam mu numer.
- Będę czekała - odparłam - napisz jutro.
Odprowadziłam go na przystanek, gdy pojechał do domu wróciłam do siebie, do swojego pokoju, uprzednio zamykając frontowe drzwi.
Pudrowo różowe ściany, rozjaśniały pokój. Na wprost wejścia, przy ścianie znajdowało się łoże z baldachimem, posłane złotą narzutą. Okna były przysłonięte jedwabnymi firankami. Przy jednej ze ścian stała toaletka, na której znajdowały się różne rzeczy potrzebne głownie rano. Szczotka do włosów, kosmetyki itp.
Garderoba, do której można było wejść przez mój pokój była zaskakująco duża. Mieściły się tam wszystkie moje buty i ubrania, a mało tego nie było.
W łazience, do której również wchodziło się przez pokój, był prawie ze idealny porządek. Ciemne, bordowo czarne płytki układały się na ścianach i podłodze. W pomieszczeniu była wanna, prysznic, 2 wiszące naprzeciw siebie lustra i mnóstwo szafek.
~*~
Około 2 godzin później zeszłam na dół, gdyż usłyszałam głosy rodziców. Jednak nie porozmawiałam z nimi wiele, ponieważ w domu również pracowali. W samotności zjadłam kolację i wróciłam do swojego królestwa. Wzięłam prysznic, przebrałam się w pidżamę. Usiadłam przy toaletce i rozczesałam włosy. W tym czasie Max przyszedł do mnie. Zamknęłam okno i położyłam się na łóżku, zaraz po zaścieleniu go. Leżałam tak długi czas, rodzice znów się kłócili na dole, rozmawiając przez telefon.Po jakimś czasie nareszcie nastała cisza i naprawdę zmęczona usnęłam wtulona w mojego "malutkiego" pieska, zastanawiając się, co przyniesie nowy dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz